niedziela, 30 grudnia 2012

Czyściłam skrzynkę mailową i znalazłam brudnopis jakieś wiadomości z przed kilku miesięcy. Nie pamiętam do kogo. Pewnie do kolejnych "wirtualnych przyjaciół".
Wklejam, bo pięknie prezentuje wyliczankę zaburzeń.


Dzień dobry,

Arcadia wita się i chce napisać parę słów o sobie.


Ludzie nie wierzą w jej aspołeczność, ale nie raz słyszała, że jest wariatką. Wariatka, nie wariatka, normalność przecież jest pojęciem względnym.
Do rzeczy. Alee hm.. może na przykładzie. Wczoraj jechała zabrać papiery z uczelni i zrezygnować ze studiów. Do wyjazdu zbierała się przez dwa miesiące. Matko, trzeba będzie tak wcześnie wstać, jechać busem, otworzyć drzwi (a co zrobię jak otworzyć ich nie będę mogła albo źle zamknę i kierowca mnie skrytykuje, przecież wtedy wszyscy się będą na mnie patrzyć..) kupić bilet (trzy słowa - proszę do.. - powtarzała żeby zapamiętać i nic nie pomylić) a potem wysiąść.. a jeśli na ostatnim przystanku już nikt nie będzie wysiadał...? Będzie przeszkadzać kierowcy, bo specjalnie ze względu na nią musi się zatrzymać...
Potem pociąg. Znowu powtarzała. Studencki na TLK do ... na 9:43. Dziekanat... Jezu będzie musiała tam wejść.. sama... powiedzieć po co przyszła... A jeśli czegoś nie będzie miała..? Jeśli nie załatwi..? Jeśli panie będą niemiłe..? Jeśli zacznie ze stresu seplenić..? Zrobi się czerwona..? Ale wstyd.

Tak jest od kiedy pamięta. Pójście do sklepu to problem. Zadzwonienie do kogoś tragedia. Przejście się chodnikiem w otoczeniu ludzi też wydaje się być stresujące. Przecież może idzie za wolno i przeszkadza komuś idącemu z tyłu, bo ten ktoś chciałby iść szybciej... Kawiarnia.. Ale tam trzeba podejść do kasy, zamówić, zapłacić...

Proste i ludzkie rzeczy wydają się być czymś tak trudnym i skomplikowanym. Ale próbuje, stara się być normalnie normalna. Żeby inni nie zauważyli...

Parę lat temu przyplątały się problemy z jedzeniem i zanikła zdolność wyśrodkowania skrajności. Pozostało jeść za mało lub się obeżreć. Tylko to tłuste ja pozostało bez zmian.

Cięcie. Lubi ten ból ciała, który choć na chwilę zabije ból duszy.

Chciałaby się zabić. Tyle razy już planowała jak to zrobi. Jak będzie wyglądał pogrzeb, grób, kto przyjdzie, jak będą się zachowywać ludzie. Ale brak jej odwagi. Podobno śmierć to nie odwaga, życie nią jest i to życie tej odwagi wymaga. Poza tym mama mogłaby cierpieć. Albo co by było jeśli by się nie zabiła..? Ale wie, że pani z kosą mogła by zakończyć to wszystko czemu tak trudno sprostać.



So hello world,
this is crazy me!

piątek, 30 listopada 2012

Czas czasuje wyzwalając z siebie ekstazy czasu.


Pada deszcz, deszcz myśli, wywołuje ulewę wersów,
deszcz słów, burzę mózgów i burzę podtekstów.
Deszcz urojonych bezsensów gdy w sensie zagubiony.




Nienawidząc filozofii i zarazem ją lubiąc czekam na koniec świata.

sobota, 3 listopada 2012

Psyche

Psyche tajemna, smętna, zamyślona
wyciąga ku mnie dziewicze ramiona
i twarz nade mną pochyliwszy białą,
duchowi memu każe rzucać ciało,
i z własnych żądz mych i pragnień pogrzebu,
z mogiły szałów mych i namiętności,
ku mistycznemu podnosi mię niebu,
jakbym już duchem odstawa! od kości.

Młodości mojej purpury i łuny
w dym się zmieniają i w ciemne całuny...
Niejedno myśli wybujałe kwiecie
wiatr po rozłogach i topielach miecie...
Niejedna chęć ma, ach! niejedna prysła,
jak bańka szklarnia, gdy na głaz upadnie;
niejedna gwiazda nade mną rozbłysła,
w głuchych odmętach leży zgasła na dnie...

Ileż wiar moich i obłędów ile
we wspomnień żywej spoczywa mogile...
Wielkie kościoły, kędym klękał wprzódy,
kłamstw okazały się pełne i złudy...
Pustynia ruin wokoło się piętrzy,
strzaskanych kolumn leżą całe zwały -
posągi bogów o twarzy najświętszej
strącone z podstaw w proch poupadały.

Jak czynią ludzie wielką trwogą zdjęci,
zło myśli chciałem pogrześć w niepamięci,
lecz ono było jako wąż pod liśćmi -
i nie wiedziałem w końcu, dokąd iść mi,
w jakiej się ukryć niedostępnej twierdzy
przed własnej myśli pościgiem zażartym?
Gdzie obmyć ducha ze śniedzi i ze rdzy,
by Blask odświetlał i był Blasku wartym?

W bezdni upadku, w porywów bezkresie
byłem jak okręt, który burza niesie:
jedna pod chmury wyrzuca go fala,
druga w przepastną toń odmętów zwala...
Czegom nie odczuł!?... Każdy atom duszy
przez piekło swoje szedł, boleścią siny -
i czułem w końcu, że się duch już kruszy
i że nie nie mam dla życia - prócz śliny...

Aż nie wzywana i niespodziewanie
biała i czysta Psyche przy mnie stanie
i takie światy mi nowe ujawni,
jakich śnić nawet nie zdołałbym dawniej;
światy, gdzie wchodzić tylko ci są zdolni,
co poświęcili swoje zmysły Myśli,
których duch z ciała się więzów uwolni,
choć jeszcze odeń są śmiercią zawiśli.

Jeśli przez moich namiętności zgliszcze
zbrudzoną duszą prześnię i oczyszczę;
jeśli człowieka w duchu moim zgniotę
i ducha zmienię w wszechwładną istotę:
królestwa swego mistyczne wrzeciądze
na oścież wówczas otworzy mi Psyche
i wejdę w jasność, jak dziś w mroku błądzę,
i ze skał grzmiących wejdę w łąki ciche.

W owej tajemnej, głębokiej wyżynie
duch mój się w duchu wszechświata rozpłynie,
a razem w siebie jego bezmiar wchłonie,
jak jedną tworzą toń dwie zlane tonie.
W ów świat podniósłszy się raz i wstąpiwszy,
wzgardę czuć będę, kędy dziś się trwożę,
i mrąc dla siebie, sobie będę żywszy,
i gasząc płomień, będę patrzył w zorzę.

I mieć tam będę tryumf wyzwolenia
ducha z pęt żądzy, co go opierścienia;
tryumf najwyższy, kiedy mi poddanem
będzie, co wprzódy było moim panem;
gdy ludzkie szały, jak sokół w kapturze,
nie będą śmiały zrywać się do lotu
i wszystkie zmysłów i umysłów burze,
jak dym rozwiany, znikną bez powrotu.

I bliski będę wyczuć i zrozumień,
jakim się biegiem toczy życia strumień;
w jakie niebiosa z bagien i topielisk
dźwiga się bytu olbrzymi obelisk? -
I wiem, ze wówczas będę mógł w wszechświecie
znaleźć harmonię pełną i porządek
i ze spokojem patrzeć, jak się plecie
nić na wrzecionie czas mierzących Prządek.

Bo ponad wszystkie: i nowe, i stare,
znajdę tam głębszą: rezygnacji wiarę;
wiarę poddania się najwyższej Woli,
co się nad wszystkie inne aureoli,
skąd wszystkie inne biorą swój początek
i moc pozorną, naprawdę bezwładną;
gdzie wrócić muszą, podobne do łątek,
co z wody wyszły i w wodę upadną.

Jeszcze czas nie jest, lecz mi Psyche biała
na oczach duszy wiecznie będzie stała
i owa w dali, jak fatamorgana,
kraina ducha przez nią pokazana
już zapomnienia mgłą się nie powlecze,
i zapalone mam gwiazdy przewodnie;
zwyciężyć w duchu, co w nim jest człowieczej
i patrzeć śmierci w twarz wprost i pogodnie.


~ Kazimierz Przerwa - Tetmajer
Psyche 

sobota, 6 października 2012

Nie wytrzymałam. Po kilku tygodniowej abstynencji pękłam. W sumie od kilku dni to odwlekałam. Nie boli. Boli za słabo. Piszę. Bez sensu to piszę. Muszę zająć czymś palce. Świerzbią. Chcą ciąć dalej. Czuję, że nie czuję. Jestem taka beznadziejna. Beznadziejnie się ubieram. Mam okropne włosy. Jestem gruba, brzydka. Nikt mnie nie lubi. W sumie nie ma za co mnie lubić. Chciałabym się schować. Mieć czapkę niewidkę albo płaszcz Harrego.. Żeby nikt mnie nie widział. Wstydzę się siebie.
Miało być nowe miasto, nowi ludzie, nowe miejsca, nowe życie. Tymczasem miasto wydaje się być takie obce. Ogrom ludzi mnie przytłacza i utwierdza w poczuciu beznadziei. Poznałam kilka osób. Wszyscy mają chłopaków, robią w życiu coś fajnego, mają pasje. Ja mam nóż, który jest tępy i nawet porządnie nie umie zranić.
Użalam się. Użalam się. Użalam się. Trzeba mieć jakieś hobby, podobno.

piątek, 28 września 2012

Śmierć zabija.

Wczoraj po raz pierwszy od śmierci śniła mi się Babcia. Obudziłam się z płaczem i poczuciem, że przecież już nigdy więcej jej nie zobaczę, nie dotknę, nie będzie wspólnych świąt, urodzin, imienin. Boli. Cholernie. Tak jak świeży grób, jak tabliczka z imieniem, nazwiskiem, datą urodzin i śmierci, tak jak jej pusty pokój kiedy wchodząc chcę się przywitać i zapytać o samopoczucie. Tylko pies skopuje fotel, na którym siedziała. Pewnie też tęskni... Kilka razy dziennie chodzę na cmentarz, wyciągam wypalone znicze, podpalam nowe i te, które zgasły i ryczę, tak żeby nikt nie widział. Kilka dobrych lat temu gdy Babcia zasłabła albo gorzej się poczuła a ja się jeszcze modliłam prosiłam Boga żeby mi jej nie zabierał. Dziecięcą wtedy naiwnością wierzyłam, że będąc starsza lepiej poradzę sobie z jej odejściem. Zresztą Ona się chyba tego nie bała. Pamiętam, że kiedyś wygrzebała z szafy obwiązaną reklamówkę i powiedziała, że tam jest jej ubranie do trumny.
Ale guzik - jakby powiedział to ktoś znajomy, wcale sobie lepiej nie radzę.

Za kilka dni wyjeżdżam do akademika, na studia. Z jednej strony mnie to przeraża, z drugiej jest obojętne, z trzeciej daje szanse na powrót do życia.


Zrobiłam test Becka, potem kilka innych i każdy z nich mówił "cierpisz na ciężką depresję, skonsultuj się z psychiatrą".

piątek, 14 września 2012

Mors ul­ti­ma li­nea re­rum.

Nie ma Jej.
Został pusty pokój.
Zostały wspomnienia.
Wśród tych miłych, te, które tak bardzo bolą.
Leży w czarnej, zimnej ziemi.
Na mężu i rodzicach.
Pomiędzy innymi, umarłymi duszami.
Obłożona wieńcami z "Ostatnim pożegnaniem".
Babcia, moja kochana Babcia. 

09.09.2012, 13:15.

Zmarła przy mnie. Patrzałam jak umiera i nic nie zrobiłam. Nic, kurwa, nic. Nie wiedziałam co mam zrobić. Pogotowie! Zadzwoń na pogotowie! Nie! Pozwól Jej odejść w spokoju. Myśli kłębiły się w głowie.
Chwilę wcześniej dałam Jej parę łyżek zupy. Chciała pić.
Nie wiedziałam, że to na tą ostatnią drogę...
Już wtedy miała takie zimne ręce. Próbowałam je ogrzać. Trzymałam w swoich dłoniach. Kilkakrotnie próbowała mi coś powiedzieć. Nie zrozumiałam. Wyciągnęłam Jej spod nóg poduszki, które miały zapobiec odleżynom. Zaczęła źle oddychać. Podniosłam Jej wyżej głowę. Tam w środku, w Niej, rozległ się odgłos "bulgotu". Ciężko łapała oddech i patrzyła na mnie. Zawołałam wujka. Powiedział, że Babcia się kończy...
15 min. Cholerne 15 minut do ostatniego oddechu.
4 godziny do przyjazdu lekarzy i oficjalnego stwierdzenia zgonu.
5h 15 min do spakowania w biały worek.
Zabrali.
Już nigdy nie wróci.

Może to moja wina. Może to ja Ją zabiłam. Może jedzenie/picie wleciało nie tam gdzie trzeba i dlatego tak ciężko zaczęła oddychać. Może powinnam zadzwonić na pogotowie. Wszyscy mówią, że i tak nie zdążyło by przyjechać... A jeśli by zdążyło..? Może dalej by żyła. Może zrobiłam Jej krzywdę próbując podnieść wyżej głowę żeby mogła się napić.

Bolą mnie oczy. Nie mam siły już płakać.

Czekam aż czas uleczy rany, zamaże wspomnienia a ja przestanę czuć się jak morderca.

09.09.2012 r. umarła część mnie.
11.09.2012 r. tą część pogrzebano.


Zbyt wiele zdarzeń i dni.
Zbyt wiele płaczu i słów.
Zbyt wiele, by teraz wszystko opisać.

piątek, 7 września 2012

Jestem zmęczona, tak cholernie zmęczona. Faszeruję się kawą, po której boli mnie żołądek i która jeszcze bardziej zamula, staram się ruszać, robić cokolwiek i wkładam w oczy zapałki. Nie dosypiam ostatnio. W sumie to chyba ze swojej winy. Przecież mogłabym położyć się wcześniej... Babcia 3 tygodnie temu wróciła ze szpitala. Wymaga całodobowej opieki, więc pomagam. W tygodniu wstaję po 6 i idę umyć jej twarz i ręce, dać pić, jeść, potem przyjeżdża ciotka, przebieramy pampersa, smarujemy, podajmy górę tabletek. Babcia nie wstaje z łóżka, prawie nie mówi, nie rusza się. Odleżyny, cholerne odleżyny. Czemu chociaż one nie mogą zniknąć..?

Zamykam pewne rozdziały. Znikam z części wirtualnego życia. I tak nie mam teraz czasu nawet na to realne.

Szukam mieszkania/stancji/pokoju/czegokolwiek. To co względne cenowo to nieaktualne. Rano postanowiłam, że mam dość codziennego przeglądania miliona ogłoszeń i czekam na listę z akademika, wieczorem zgadałam się z koleżanką i tym razem szukam mieszkania z dziewczyną z osiedla... Powodzenia, heh.

Miałam wracać do względnej normalności a staczam się jeszcze bardziej. EDem i autoagresją walczę ze złym światem.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012


Po 1,5 miesiąca wraca marnotrawna córka.
Z nowości:
- obroniłam się - yeah -  stres zrobił ze mnie kompletną kretynkę -> na przyszłość nie marnować dwóch tygodni na naukę, nie ma w tym sensu
- dostałam się na mgr na lepszą uczelnię i do lepszego, cholernie drogiego miasta, więc jeśli nie przydzielą mi miejsca w akademiku dworzec główny jest mój -> i niech mi teraz ktokolwiek spróbuje wygarnąć, że przecież po TAKIEJ uczelni, w TAKIM mieście i TAKIM kierunku nic ze mnie nie będzie
- babcia jest w szpitalu - roponercze, wodonercze, bakteria coli we krwi i sepsa, kolejna bakteria niewiadomojaka... Na salę do niej wchodzi się w fartuchu ochronnym, rękawicach i masce...
Babcia nie chce jeść, prawie nie mówi, nie rusza się, nie rozpoznaje osób.
Nie radzę sobie... Nie potrafię, nie chcę pogodzić z tym, że ona umiera...




Tam wewnątrz
Wędrowała dusza
Która dawno upadła
Słysząc krzyki
Przerażonych myśli...
~ Lodowa Dusza


poniedziałek, 25 czerwca 2012

Spojrzałam na statystyki bloga, które w pewnym sensie mnie rozbawiły. Ktoś trafił tu wpisując w wyszukiwarkę "śmierć przez wyprucie flaków"...
Może powinnam zmienić tytuł na: z serii Przybornik Małego Samobójcy?
Wczoraj w jednym ze starych folderów na mp3, która od dłuższego czasu służy mi raczej za pendrive, znalazłam muzykę sprzed kilku lat. Happy Day, Pokaż na co Cię stać, Już czas Kasi Kowalskiej, Uwierzyć w siebie i parę innych pozytywnych utworów. Przejrzałam obecne piosenki na laptopie i telefonie. My Funeral, Hate me, Autoagresja, Autodestrukcja, Nienawidzę siebie, Paper Bag... Kurwa, co się ze mną stało?

Współlokatorka miała dzisiaj obronę. Dostała 5 za egzamin dyplomowy, 5 za pracę licencjacką i 5 za coś tam. Cieszę się, że ona się cieszy. Z drugiej strony (mino, że jeszcze nie podeszłam do obrony, baa, nawet nie przerobiłam 1/3 zagadnień) już wiem jaka jestem beznadziejna i cholernie (nie)ambitna. W sobotę w nocy wysłałam pracę recenzentowi. Do druku miała inny układ, więc zmieniałam marginesy, poprzesuwałam pojedyncze litery z końców zdań, wydawało mi się, że poprawiłam wszystko. Dzisiaj przejrzałam jeszcze raz. Porozjeżdżała się. W niektórych linijkach są tylko 2 wyrazy, reszta część zdania jest w następnej. No kurwa. Wygląd pracy też jest brany pod uwagę... 
Liczę, na to, że recenzent (wydawać by się mogło bardzo w porządku gość) nie zauważy (o ile w ogóle tego można nie zauważyć...) albo pomyśli, że po prostu u niego coś się rozwaliło albo chociaż uzna, że człowiekiem jestem, mogłam się pomylić i nie wyciągnie większych konsekwencji w postaci dużo niższej oceny...
Promotor w ogóle się na niczym nie zna, niczego nie wie, prac nie czytał, recenzenta zresztą też sami sobie załatwiliśmy, więc trochę boję się o treść, możliwe błędy...
I mimo wszystko już wiem i sobie wmówiłam, że nie będę miała takiej oceny, jaką chciałabym mieć i nie dostanę się nigdzie indziej na studia, bo dzięki mojej wrodzonej beznadziei przecież średnią, ocenami i inteligencją nie powalam.

Rodzice obiecali odebrać mnie ze stancji. Dobra, to ja kazałam po siebie przyjechać. Po zeszłorocznym targaniu na plecach kilkumiesięcznego życia powiedziałam: nigdy więcej. Zgodzili się. Do końca tygodnia zostało 6 dni, więc dzwonię do mamy żeby zorientować się kiedy, kto i jak. Pomijając to, że dwa razy nie odebrała i oddzwoniła dopiero gdy napisałam smsa do siostry, zaczęła się tłumaczyć, że nie wie czy przyjadą, nie wie kto (bo przecież ojciec wybitny kierowca nie umie po mieście jeździć) i w ogóle najlepiej żebym sobie sama poradziła...
To nic, że w zeszłą niedzielę zapewniała, że przyjedzie po mnie z kuzynem, żeby chociaż zobaczyć gdzie mieszkałam.
Czuję się olana.

Godzinę temu napisała znajoma... Pyta się "jak tam?" Co ja mam jej odpisać..?
Poza tym, że nie mogę znaleźć ulubionego spinacza do haratania skóry, wszystko ok..?



środa, 20 czerwca 2012

Ciężki czas. Zaliczenia, egzaminy, sesja, pisanie licencjatu za mną. W poniedziałek promotor podpisał stronę tytułową i praca poszła do plagiatu. Do tej pory nikt się do nie odezwał, więc chyba jest ok.
3 lipca obrona. Teraz tylko muszę ogarnąć zgoła 75 pytań...
Dostałam propozycję wyjazdu jako opiekun na koloniach. Niestety termin pokrył się z dniem obrony, więc z dodatkowej kasy i nowego doświadczenia nici.
W sobotę spotkałam się z niesamowitymi osobami. Były obce i dalekie a jednocześnie tak bliskie. Nie musiałam nic ukrywać, mogłam być po prostu sobą. Żałuję, że na co dzień nie mam nikogo takiego obok siebie.

Mam jeszcze tyle rzeczy do napisania...

Ale nie teraz.

Dobranoc.

sobota, 26 maja 2012

Aaaaaaaaaaaaaaaa chcę wypruć sobie flaki, żołądek, wyciąć tłuszcz..! - przywaliła ręką w kant biurka - podrap, natnij mówi Głos - bierze długopis, marze po ręce... jedna linia, dwie, trzy, po chwili cała ręka wygląda niczym abstrakcyjny obraz... - idzie do łazienki, zaczyna zmywać różowe bohomazy.

Ten sam schemat. Dom, jedzenie, dużo jedzenia, mnóstwo jedzenia... Batony, cukierki, świeże pieczywo, bułki maślane, ryż z warzywami, płatki (plask, uderzyła pięścią w twarz)... Znowu nie pójdzie biegać... Bo niby jak? Brzuch musiałaby chyba ciągnąć po ziemi. Znajoma wrzuciła z nią na fb zdjęcie z Juwenaliów. Nogi... tłuste nogi... Krzywy, śmiejący się ryj.
No kurwa. Lepszego, takiego bez niej nie było?

poniedziałek, 14 maja 2012

Ktoś poprawił mi humor i przypomniał sytuację z zeszłego tygodnia, którą z uwagi na pewne względy warto zapisać.
Któregoś wieczoru wracałyśmy z współlokatorką z biegania, jakieś dzieciaki siedziały na murku w krzakach i w głębi duszy czułam, że coś kombinują, ale na drugą stronę chodnika nie zeszłam. W pewnym momencie usłyszałam odliczanie... raz... dwa.. trzy... pac. Dostałam gałęzią po głowie, więc nie myśląc wykrzyczałam parę niecenzuralnych słów, dosadziłam do murka i inną gówniarzowi przywaliłam w łeb [taaaki ze mnie pedagog...] obrywając przy tym jeszcze kilka ciosów.
Współlokatorkę zamurowało... Wszyscy ludzie na ulicy automatycznie głowy w naszą stronę...
Cała sytuacja zaszła kilka metrów od stancji i ledwo zdążyłam rzucić kija a z drzwi wyszła przełożona.. Ufff.. bo bym na grochu w kaplicy klęczała..

Współlokatorka zdarzenie skomentowała jednym zdaniem: do pracy z dziećmi się nie nadajesz.


Jest mi cholerniee wstyd... 
Ale to nie ja, to PMS.

Upadam, wciąż upadam i długo lecę w dół...

Pamiętasz? Jakiś czas temu spytałaś czy wiem, że marnuję sobie życie.
Wtedy nie odpowiedziałam.
Teraz, po wpierdoleniu paczki cukierków, rycząc i wycierając cieknącą z ranienia krew, wiem, że miałaś rację.

sobota, 12 maja 2012

Śmierć, co do tapet:
moje ostatnie:




I obecna sklejka:


Poprzednie lepiej pasowały do emo charakteru mojego laptopa. 
Zacinać i wieszać się lubi.
Doskonale do siebie pasujemy... xD



wtorek, 1 maja 2012

Ustawiłam nową tapetę. Przez prawie rok gapienia się w mroczny monitor stwierdziłam, że czas na zmianę. Teraz włączam laptopa i pojawiają się motywujące do życia hasła. Milej, prawda?
Współlokatorka zaprosiła mnie na urodziny. Odmówiłam. Pierwsza rzecz, żeby do niej dojechać musiałabym przesiadać się 3 razy. Po drugie, i tak nie stać mnie na prezent a nawet jakby było mnie stać to nie wiedziałabym co jej kupić. Po trzecie, chcę pobyć trochę w domu a tak musiałabym zbierać się już w środę. Po czwarte, żarcie, żarcie, żarcie... Co najprawdopodobniej nie do końca ominę, bo stwierdziła, że skoro tak, to po długim weekendzie przywiezie coś dobrego i któregoś wieczora sobie usiądziemy... Ach, co za przyjemność...
W każdym bądź razie wykręciłam się wyjazdem do znajomej i imienino-urodzinami ciotki. Dobra, półprawda. Wyjazd wcale nie jest pewny, a na imprezę ciotki jadą tylko rodzice.
Jestem złym człowiekiem... -.-' A propo...
Byłam w niedzielę w Kościele. W pewnym momencie zaczęłam zastanawiać się nad moimi grzechami i nad tym jakie duuuże oczy zrobiłby mój proboszcz gdybym przystąpiła do spowiedzi.
- Niech będzie pochwalony.
+ Na wieki wieków.
- Nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam u spowiedzi... Nie wiem czy oczekuję pokuty i chyba bardziej potrzebuję się po prostu wygadać i rozwiać pewne wątpliwości. Ale do rzeczy. Cięłam się, głodziłam, obżerałam, nienawidziłam, snułam samobójcze plany. Nie wiem czy wierzę w Boga, nie wiem czy on istnieje. Nie czuję potrzeby chodzenia do Kościoła. Nie modlę się. Nie widzę sensu w bezsensownym klepaniu regułek. Odczuwam w tym miejscu pustkę. Wiara, religia to wszystko jest dla mnie mało racjonalne, nie mówiąc o tym, że niektóre rzeczy uważam za co najmniej śmieszne i zgoła nie mające sensu. To, że kiedy się jeszcze modliłam prosiłam o śmierć dla ojca też chyba jest grzechem... Nałogowo i z pełną świadomością opuszczam msze święte i inne zakonne spotkania. Zdarza się przekląć, skłamać, pokłócić z kimś czy powiedzieć o parę słów za dużo. Być może czasem za szybko mówię i za wolno myślę. Hm... Więcej grzechów nie pamiętam...?

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Nie do końca potrafię określić co czuję, ale jakoś mi tak dobrze, tak spokojnie... Święta się kończą, zakwitły kwiatki w pokoju [chyba odwdzięczyły się za to, że zajmują sporą część biurka...], zaliczyłam kolokwium z gerontologii [... i nawet tak bardzo nie przeszkadza mi to, że dostałam 4...], wiem, że przez ostatnie dni przytyłam, wiem, że to zrzucę i wiem, że moim jedynym życiowym celem, przynajmniej na razie, nie będzie wyłącznie oglądanie W11...

sobota, 7 kwietnia 2012

Ojciec - od rana albo się nie odzywa albo burczy i ma pretensje o wszystko,
siostra - strzeliła focha *uj wie o co,
mama - jak zwykle zresztą wyżyła się na mnie,
więc ja - bogu ducha winna, idę się poćwiartować obojętnie jakim narzędziem ostrym.
Święta, hoł hoł, hoł.

środa, 28 marca 2012

Wyciąga rękę przed siebie, podwija rękaw, zawiązane rzemyki zsuwa bliżej dłoni. Ostatnie widać najbardziej...  Potem kilka bledszych i te po przypaleniu. Nie tnie głęboko. Część śladów już znikła. Zaraz powstanie nowy... na niebieskiej żyle... Przejeżdża raz, drugi, trzeci... i kolejny... Cholera, tępy ten nóż... Nie boli... Pojawia się ulga... i nie wiedzieć czemu łzy...

Starała się, naprawdę starała. Próbowała walczyć, powstrzymać. Przegrała znowu...

poniedziałek, 26 marca 2012

Śniło mi się, że byłam na jakiejś terapii... Pamiętam ludzi, pomieszczenie, terapeutkę... Zawiozła mnie tam mama. Nie potrafię przypomnieć sobie z jakiego powodu.... Wiem, że z kimś stamtąd uciekłam...
W drodze na zajęcia opowiedziałam sen znajomej. W odpowiedzi usłyszałam: - Kto jak kto, ale Ty?!
Nie palę, nie piję, nie ćpam, nie jestem żadną ...holiczką, uśmiecham się, mówię tylko o tym o czym chcę powiedzieć, więc wydaje Ci się, że nie mam problemów, prawda?

sobota, 24 marca 2012

Zabijam ból duszy, bólem ciała...

Nienawidzisz wszystkiego, nienawidzisz samej siebie,
żyletka w ręce, kolejne głębokie cięcie,
kolejne rany, które sama sobie zadajesz, 
przez problemy, z którymi rady sobie nie dajesz,
zamykasz się, nie rozmawiasz z nikim o tym,
myślisz, że to pomoże, że znikną kłopoty,
wahania nastroju, całe życie na opak,
nie jest jak powinno być, łapiesz kolejnego doła,
nie umiesz pomóc sobie, co dopiero swoim bliskim,
dramatyczne myśli, mętlik, myślisz o wszystkim,
myślisz o bólu, ból sprawiając sobie,
zapominając o tych, którym zależy na Tobie.

Autoagresja - atak na samego,
autoagresja - ból, który wewnątrz drzemie,
autoagresja - ból i cierpienie,
autoagresja - pochłonęła Ciebie...

Bezradność Cię dobija, popycha do jednego czynu,
ręka, żyletka, kolejna kreska,
słodka krew spływa, zostaje blizna,
pamiątka na zawsze, pamiątka, która nie znika,
niepowodzenia, zapisane na Twym ciele,
wiadomości, o których nie wiedzą nawet przyjaciele,
niedoścignione cele, wszystkie porażki,
spalone marzenia, niczym w komiksie obrazki,
sposób na ucieczkę, na odcięcie się od świata,
ulubiona samotność, upragniony brak światła,
została zatrzaśnięta, dzieląca to krata,
której nie otwarł nikt, przez wszystkie te lata,
sama, w czterech ścianach, myśli tylko słychać,
łza po policzku zaczyna spływać,
krew po ręce, to kolejne cięcie,
pragniesz tylko bólu, niczego więcej...

Autoagresja...

Niepokój, strach, rozkładasz ręce,
krwawi ciało, pęka Twe serce,
nikt nie chce poskładać go w całość,
by znowu mogło kochać, by znowu tego chciało,
nie wiesz co to szczęście, nigdy go nie czułaś w pełni,
wciąż żyjesz marzeniami, nadzieją, że kiedyś któreś się spełni,
że stanie się rzeczywistością, 
że żyletka będzie tylko niechlubną przeszłością,
że nigdy więcej żadnej kreski nie zrobisz,
że nigdy więcej ból, szczęścia nie zastąpi,
że nigdy więcej nie poleje się Twa krew,
że będziesz szczera wobec siebie i to nie będzie blef...

Autoagresja...

~ Wielbi, Autoagresja.


**********************
Nóż.
Dwa słowa.
Fat.
Hate.
Wszystko w temacie.

niedziela, 18 marca 2012

Niedzielna anegdotka.
Od dawien dawna.., niedziela w niedzielę po Kościele, przyjeżdża do nas rodzina ze strony ojca. Babcia, ciotka i od jakiegoś czasu kuzyn, który mieszka z babcią po śmierci dziadka. Babcia i ciotka okropne, zrzędliwe charaktery lubiące wtykać nos w nieswoje sprawy...
- Ooo nasza najukochańsza! [bleee] Ładnie wyglądasz... [pół ranka spędziłam gapiąc się w lustro i nie mogąc uwierzyć, że sama doprowadziłam się do takiego stanu... do rozmiarów świni... a ktoś pieprzy ci głupoty...] - usłyszałam w momencie gdy próbowałam zdjąć buty i nawet dobrze się nie zorientowałam kiedy zostałam obściskana z każdej strony i oberwałam palcem w oko... - ale zrób coś jeszcze z tymi włosami.. Obetnij...
- Nie. Powtarza mi to babcia co kilka tygodni... Więc odpowiadam kolejny raz - nie! A poza tym zastanawiam się nad dredami... [mina babci bezcenna - yyy?]
- A co to jest?
- Babciu to coś takiego jak nasz Pucek ma zamiast sierści, takie kudły... - dodał rozbawiony całą sytuacją kuzyn.
- To nie higieniczne, będziesz wyglądała jak brudas. - ojciec i jego facepalm.
W międzyczasie mama próbuje mnie tłumaczyć.. [...]
Strach w oczach babci- Odwróć się, pokaż jak z tyłu. Nie, jednak masz ładne włosy. 
[hahahahah]

piątek, 2 marca 2012

Spowiedź.

Z okazji pierwszego piątku miesiąca przepraszam:
1. wszystkich tych, którzy chcą żebym wróciła i tych, którzy chcą żebym odeszła
2. za oszustwa, kłamstwa, udawanie
3. jeśli komukolwiek kiedykolwiek wyrządziłam jakąkolwiek krzywdę
4. moje uda, za kolejne cięcia
5. za szanse, których nie wykorzystałam, oczekiwania, których nie spełniłam
6. za niewiedzę, wiedzę, ciekawość i dociekliwość, za gadatliwość i milczenie, szczerość, nieszczerość, upartość, za optymizm i jego brak
7. za wszystkie inne przewinienia, o których zapomniałam, pamiętać lub pisać nie chcę.

Dziękuję.

poniedziałek, 27 lutego 2012

1l wody
1 kubek herbaty z bratków
1 kubek herbaty z pokrzywy
2x tran
1x tabletka żelaza

+ 0,5h rowerek stacjonarny

Brawo, możemy być dumne! - Powiedziała.
Chociaż dziś nie przytyjesz.

sobota, 25 lutego 2012

Luty się kończy. Co się działo, co się zmieniło..?
Hm..
Ostatni tydzień ferii poświeciłam na praktyki w domu dziecka. Zostałam ciocią, jestem zasmarkana, bo dzieciom z nosków leciało, miałam ponaciągane wszystkie mięśnie od noszenia, podnoszenia, mogę zarażać ospą, ale nie było aż tak źle... Najgorsze pobudki. Dojeżdżałam ponad 50km co zmuszało mnie do wstawania o 5. Póki nie zaczęłam się kłaść o 21 byłam nie do życia..
W ciągu tych 3 lat chyba tam najmniej mi się podobało. Atmosfera jakaś taka.., wychowawczynie średnio miłe, poza tym prawie każdego dnia ktoś inny, więc nie można było nawet z kimś kontaktu złapać i codziennie trzeba było się tłumaczyć jestem praktykantką bla bla bla.. Głównie opiekowałam się najmniejszymi dziećmi, noworodki, raczkujące, parę maluchów tylko chodziło. Szczerze mówiąc pierwszego dnia przeżyłam szok i w pewnym momencie myślałam, że sama usiądę i zacznę płakać..  Wcześniej nie miałam styczności z takimi malutkimi dziećmi a zostawili mnie samą z 13. Karmiłam, ubierałam, nosiłam, podnosiłam, myłam, bawiłam się, sprzątałam... Robiłam wszystko (z czego najbardziej zadowolona jest moja mama, twierdząc, że nabyłam cennego doświadczenia xD). Byłam też z inną panią z maluchami w szpitalu na pobieraniu krwi. Dziwne uczucie kiedy ludzie puszczają w kolejce i traktują jak mamę. xD
Prawdę mówiąc praktyki wyobrażałam sobie trochę inaczej a tam się czułam jak w żłobku albo przedszkolu..
Dzieciaki są świetne i teraz mi ich brakuje, ale pierwsze dni chodziłam jak za karę...
Placówka jest w trakcie likwidacji i sporo osób straciło pracę, w tym pani pod którą miałam podlegać.
Jeśli chodzi o studia i kierunek za dużo się nie nauczyłam, jeśli chodzi o życie to była naprawdę dobra lekcja.
Mogę dorabiać jako profesjonalna opiekunka, haha.

Właśnie w poniedziałek rozpoczęłam semestr VI, ostatni.
Niestety zostaliśmy pozbawieni wolnych piątków. Dali nam czwartki i co drugi poniedziałek. Ale generalnie jest nieźle. Mamy mniej zajęć i wykładowcy wydają się całkiem w porządku.
Zobaczymy co będzie dalej... :P


punkt ostatni, PSYCHE I SOMA
tu bywa różnie... i niestety niewiele się zmieniło.
Schemat ograniczania, napadów, chudnięcia, tycia i wyżywania na sobie trwa.
Z pozytywów, wróciłam na siłownię.
Poza tym, pomysłu na siebie brak.
Jestem na etapie ogólnego rozmemłania i próby zrozumienia o co tak naprawdę mi chodzi...

wtorek, 7 lutego 2012

Czy można się nie czuć?
Bo ja właśnie czuje, że nie czuję...

Nie mam motywacji żeby wstać z łóżka. Po 2 godzinnej walce wstaję, bo wiem, że o 16 z pracy wróci mama i spyta co dziś robiłam..
Wczoraj siedząc u fryzjera myślałam, że się popłaczę. Fryzjerka obcięła mi moją długą po usta grzywkę.. Wyglądałam jak miś Kolargol.. Drugą, gorszą rzeczą było lustro i odbijająca się w nim twarz.. Tłusta, okrągła, z dodatkowym podbródkiem. Grzywkę ułożyłam po mojemu, gęba została.
Któryś z kolei dzień się obżeram. Żołądek boli, zresztą cały układ pokarmowy boli. Dobrze, niech boli, nikt jedzenia ci do ust nie wkłada. Nie umiem sobie z tym poradzić, więc uciekam, uciekam w czwartek.. Wracam na stancję. Tam lepiej panuję nad jedzeniem, tam nikt nie interesuje się dlaczego śpię ponad połowę doby, dlaczego jeszcze chodzę w piżamie i czy jadłam czy nie jadłam. Tu wszyscy wcześnie wstają...
Miałam iść do lekarza. Poprosić o skierowanie na badania. Idę już 2 rok. Wiem, że znowu będzie miał pretensje, znowu nakrzyczy, znowu powie, że nie ja jestem lekarzem. Dobrze, więc dalej będę tkwić w swej apatii. Źle się czuję, nie mam siły, momentami robi mi się słabo a ręce drętwieją, ale dobrze niech tak będzie.
Jutro idę na pogrzeb. Zmarł ojciec znajomej. Przykre, że coraz więcej osób z mojego najbliższego otoczenia umiera... Nie żyją ludzie, którzy chcieli żyć.
A ja? Żyję, mimo, że życie marnuję. Żyję, mimo, że wcale mi na tym nie zależy.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

O 8:30 pielgrzymka na uczelnię. Zastanawiam się czy iść do łóżka i spróbować zasnąć czy oglądać kolejny odcinek... i położyć się po powrocie z seminarium. Wstałam o 16.00, zjadłam musli, posiedziałam na necie i jakież było moje zaskoczenie gdy spojrzałam na godzinę... Stanowczo za szybko zleciało. Tracę rachubę czasu, mylą mi się dni. Hm.. pomału muszę czytać do czwartkowego egzaminu. W sumie mogłam zaliczyć go w zeszłym tygodniu.. Ale byłam na tyle uparta, bo wszyscy mówili idź, więc nie poszłam, więc muszę iść.

Czuję się chyba trochę lepiej psychicznie. Po serii z cyklu zabij mnie, proszę i czemu do cholery ten nóż jest taki tępy tkwię w bliżej nieokreślonej obojętności.

Dobranoc.

sobota, 28 stycznia 2012

- Którędy powinnam iść?
- To zależy w dużej mierze od tego, dokąd chciałabyś dojść.
- Właściwie wszystko mi jedno...
- W takim razie również wszystko jedno, którędy pójdziesz.
- Chciałabym tylko dostać się dokądś.
- Bez wątpienia tam dotrzesz, tylko będziesz musiała wysiąść na odpowiedniej stacji.
- A skąd mam wiedzieć, która stacja jest odpowiednia...?
- ...



***********
G. przyjechał na trochę dłuższy czas... Spotkaliśmy się na uczelni. Nie zauważyłam go a on podszedł i przytulił mnie na przywitanie. Spytałam co tu robi... Przyszedł ze swoją byłą ( a może już nie.. mam tylko nadzieję, że nie było widać mojego wewnętrznego COOOO?! Ale że jak..?! ), bo musiała załatwić jakieś sprawy związane z Erasmusem (wyjeżdża na Łotwę, tylko byleby szybko :]) Powiedział, że wpadnie, więc choćbym nie chciała i tak się dowiem co jest grane...
Jej, w sumie to spotkanie było dziwne. Zresztą każde nasze spotkanie jest dziwne. Z jednej strony mam wrażenie, że czegoś ode mnie chce.. Wzrok, sposób w jaki mnie dotyka, zbliża się... Z drugiej słyszę.. Syyylwia...
I bądź tu mądry.

niedziela, 22 stycznia 2012



Co z sobą zrobiłem, dlaczego się skurwiłem
Szukałem pomocy lecz drogę swą zgubiłem
Umilkło wołanie, opadłem z sił jak chuj
Coś dławi mi krtań, coś sprawia mi ból
Pod osłoną mroku me myśli jak cienie
Obmacują mury mojego więzienia
Nie umiem już walczyć ze swoim zniewoleniem
Nienawidzę świata i nienawidzę siebie
Nienawidzę siebie...
 

Realny świt poranka ukryje senną marę
Gdzieś na dnie pustych oczu
Marzenia odtrącone
I tylko pokutuję gdy idę przez ulicę
By gonić znów za niczym
By znów udawać życie
Gdy wrócą znów wspomnienia

Znów żal mi ściśnie krtań
Wyrzygam znowu z siebie swe życie pojebane
Bezsilnie wzniosę dłonie
W stronę gwiazd na niebie
Nienawidzę świata i nienawidzę siebie
Nienawidzę siebie... 

~ Smar SW - Nienawidzę siebie