Wczoraj po raz pierwszy od śmierci śniła mi się Babcia. Obudziłam się z płaczem i poczuciem, że przecież już nigdy więcej jej nie zobaczę, nie dotknę, nie będzie wspólnych świąt, urodzin, imienin. Boli. Cholernie. Tak jak świeży grób, jak tabliczka z imieniem, nazwiskiem, datą urodzin i śmierci, tak jak jej pusty pokój kiedy wchodząc chcę się przywitać i zapytać o samopoczucie. Tylko pies skopuje fotel, na którym siedziała. Pewnie też tęskni... Kilka razy dziennie chodzę na cmentarz, wyciągam wypalone znicze, podpalam nowe i te, które zgasły i ryczę, tak żeby nikt nie widział. Kilka dobrych lat temu gdy Babcia zasłabła albo gorzej się poczuła a ja się jeszcze modliłam prosiłam Boga żeby mi jej nie zabierał. Dziecięcą wtedy naiwnością wierzyłam, że będąc starsza lepiej poradzę sobie z jej odejściem. Zresztą Ona się chyba tego nie bała. Pamiętam, że kiedyś wygrzebała z szafy obwiązaną reklamówkę i powiedziała, że tam jest jej ubranie do trumny.
Ale guzik - jakby powiedział to ktoś znajomy, wcale sobie lepiej nie radzę.
Za kilka dni wyjeżdżam do akademika, na studia. Z jednej strony mnie to przeraża, z drugiej jest obojętne, z trzeciej daje szanse na powrót do życia.
Zrobiłam test Becka, potem kilka innych i każdy z nich mówił "cierpisz na ciężką depresję, skonsultuj się z psychiatrą".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz