Wczoraj po raz pierwszy od śmierci śniła mi się Babcia. Obudziłam się z płaczem i poczuciem, że przecież już nigdy więcej jej nie zobaczę, nie dotknę, nie będzie wspólnych świąt, urodzin, imienin. Boli. Cholernie. Tak jak świeży grób, jak tabliczka z imieniem, nazwiskiem, datą urodzin i śmierci, tak jak jej pusty pokój kiedy wchodząc chcę się przywitać i zapytać o samopoczucie. Tylko pies skopuje fotel, na którym siedziała. Pewnie też tęskni... Kilka razy dziennie chodzę na cmentarz, wyciągam wypalone znicze, podpalam nowe i te, które zgasły i ryczę, tak żeby nikt nie widział. Kilka dobrych lat temu gdy Babcia zasłabła albo gorzej się poczuła a ja się jeszcze modliłam prosiłam Boga żeby mi jej nie zabierał. Dziecięcą wtedy naiwnością wierzyłam, że będąc starsza lepiej poradzę sobie z jej odejściem. Zresztą Ona się chyba tego nie bała. Pamiętam, że kiedyś wygrzebała z szafy obwiązaną reklamówkę i powiedziała, że tam jest jej ubranie do trumny.
Ale guzik - jakby powiedział to ktoś znajomy, wcale sobie lepiej nie radzę.
Za kilka dni wyjeżdżam do akademika, na studia. Z jednej strony mnie to przeraża, z drugiej jest obojętne, z trzeciej daje szanse na powrót do życia.
Zrobiłam test Becka, potem kilka innych i każdy z nich mówił "cierpisz na ciężką depresję, skonsultuj się z psychiatrą".
piątek, 28 września 2012
piątek, 14 września 2012
Mors ultima linea rerum.
Nie ma Jej.
Został pusty pokój.
Zostały wspomnienia.
Wśród tych miłych, te, które tak bardzo bolą.
Leży w czarnej, zimnej ziemi.
Na mężu i rodzicach.
Pomiędzy innymi, umarłymi duszami.
Obłożona wieńcami z "Ostatnim pożegnaniem".
Babcia, moja kochana Babcia.
Zmarła przy mnie. Patrzałam jak umiera i nic nie zrobiłam. Nic, kurwa, nic. Nie wiedziałam co mam zrobić. Pogotowie! Zadzwoń na pogotowie! Nie! Pozwól Jej odejść w spokoju. Myśli kłębiły się w głowie.
Chwilę wcześniej dałam Jej parę łyżek zupy. Chciała pić.
Nie wiedziałam, że to na tą ostatnią drogę...
Już wtedy miała takie zimne ręce. Próbowałam je ogrzać. Trzymałam w swoich dłoniach. Kilkakrotnie próbowała mi coś powiedzieć. Nie zrozumiałam. Wyciągnęłam Jej spod nóg poduszki, które miały zapobiec odleżynom. Zaczęła źle oddychać. Podniosłam Jej wyżej głowę. Tam w środku, w Niej, rozległ się odgłos "bulgotu". Ciężko łapała oddech i patrzyła na mnie. Zawołałam wujka. Powiedział, że Babcia się kończy...
15 min. Cholerne 15 minut do ostatniego oddechu.
4 godziny do przyjazdu lekarzy i oficjalnego stwierdzenia zgonu.
5h 15 min do spakowania w biały worek.
Zabrali.
Już nigdy nie wróci.
Może to moja wina. Może to ja Ją zabiłam. Może jedzenie/picie wleciało nie tam gdzie trzeba i dlatego tak ciężko zaczęła oddychać. Może powinnam zadzwonić na pogotowie. Wszyscy mówią, że i tak nie zdążyło by przyjechać... A jeśli by zdążyło..? Może dalej by żyła. Może zrobiłam Jej krzywdę próbując podnieść wyżej głowę żeby mogła się napić.
Bolą mnie oczy. Nie mam siły już płakać.
Czekam aż czas uleczy rany, zamaże wspomnienia a ja przestanę czuć się jak morderca.
09.09.2012 r. umarła część mnie.
11.09.2012 r. tą część pogrzebano.
Zbyt wiele zdarzeń i dni.
Zbyt wiele płaczu i słów.
Zbyt wiele, by teraz wszystko opisać.
Został pusty pokój.
Zostały wspomnienia.
Wśród tych miłych, te, które tak bardzo bolą.
Leży w czarnej, zimnej ziemi.
Na mężu i rodzicach.
Pomiędzy innymi, umarłymi duszami.
Obłożona wieńcami z "Ostatnim pożegnaniem".
Babcia, moja kochana Babcia.
09.09.2012, 13:15.
Zmarła przy mnie. Patrzałam jak umiera i nic nie zrobiłam. Nic, kurwa, nic. Nie wiedziałam co mam zrobić. Pogotowie! Zadzwoń na pogotowie! Nie! Pozwól Jej odejść w spokoju. Myśli kłębiły się w głowie.
Chwilę wcześniej dałam Jej parę łyżek zupy. Chciała pić.
Nie wiedziałam, że to na tą ostatnią drogę...
Już wtedy miała takie zimne ręce. Próbowałam je ogrzać. Trzymałam w swoich dłoniach. Kilkakrotnie próbowała mi coś powiedzieć. Nie zrozumiałam. Wyciągnęłam Jej spod nóg poduszki, które miały zapobiec odleżynom. Zaczęła źle oddychać. Podniosłam Jej wyżej głowę. Tam w środku, w Niej, rozległ się odgłos "bulgotu". Ciężko łapała oddech i patrzyła na mnie. Zawołałam wujka. Powiedział, że Babcia się kończy...
15 min. Cholerne 15 minut do ostatniego oddechu.
4 godziny do przyjazdu lekarzy i oficjalnego stwierdzenia zgonu.
5h 15 min do spakowania w biały worek.
Zabrali.
Już nigdy nie wróci.
Może to moja wina. Może to ja Ją zabiłam. Może jedzenie/picie wleciało nie tam gdzie trzeba i dlatego tak ciężko zaczęła oddychać. Może powinnam zadzwonić na pogotowie. Wszyscy mówią, że i tak nie zdążyło by przyjechać... A jeśli by zdążyło..? Może dalej by żyła. Może zrobiłam Jej krzywdę próbując podnieść wyżej głowę żeby mogła się napić.
Bolą mnie oczy. Nie mam siły już płakać.
Czekam aż czas uleczy rany, zamaże wspomnienia a ja przestanę czuć się jak morderca.
09.09.2012 r. umarła część mnie.
11.09.2012 r. tą część pogrzebano.
Zbyt wiele zdarzeń i dni.
Zbyt wiele płaczu i słów.
Zbyt wiele, by teraz wszystko opisać.
piątek, 7 września 2012
Jestem zmęczona, tak cholernie zmęczona. Faszeruję się kawą, po której boli mnie żołądek i która jeszcze bardziej zamula, staram się ruszać, robić cokolwiek i wkładam w oczy zapałki. Nie dosypiam ostatnio. W sumie to chyba ze swojej winy. Przecież mogłabym położyć się wcześniej... Babcia 3 tygodnie temu wróciła ze szpitala. Wymaga całodobowej opieki, więc pomagam. W tygodniu wstaję po 6 i idę umyć jej twarz i ręce, dać pić, jeść, potem przyjeżdża ciotka, przebieramy pampersa, smarujemy, podajmy górę tabletek. Babcia nie wstaje z łóżka, prawie nie mówi, nie rusza się. Odleżyny, cholerne odleżyny. Czemu chociaż one nie mogą zniknąć..?
Zamykam pewne rozdziały. Znikam z części wirtualnego życia. I tak nie mam teraz czasu nawet na to realne.
Szukam mieszkania/stancji/pokoju/czegokolwiek. To co względne cenowo to nieaktualne. Rano postanowiłam, że mam dość codziennego przeglądania miliona ogłoszeń i czekam na listę z akademika, wieczorem zgadałam się z koleżanką i tym razem szukam mieszkania z dziewczyną z osiedla... Powodzenia, heh.
Miałam wracać do względnej normalności a staczam się jeszcze bardziej. EDem i autoagresją walczę ze złym światem.
Zamykam pewne rozdziały. Znikam z części wirtualnego życia. I tak nie mam teraz czasu nawet na to realne.
Szukam mieszkania/stancji/pokoju/czegokolwiek. To co względne cenowo to nieaktualne. Rano postanowiłam, że mam dość codziennego przeglądania miliona ogłoszeń i czekam na listę z akademika, wieczorem zgadałam się z koleżanką i tym razem szukam mieszkania z dziewczyną z osiedla... Powodzenia, heh.
Miałam wracać do względnej normalności a staczam się jeszcze bardziej. EDem i autoagresją walczę ze złym światem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)