poniedziałek, 25 czerwca 2012

Spojrzałam na statystyki bloga, które w pewnym sensie mnie rozbawiły. Ktoś trafił tu wpisując w wyszukiwarkę "śmierć przez wyprucie flaków"...
Może powinnam zmienić tytuł na: z serii Przybornik Małego Samobójcy?
Wczoraj w jednym ze starych folderów na mp3, która od dłuższego czasu służy mi raczej za pendrive, znalazłam muzykę sprzed kilku lat. Happy Day, Pokaż na co Cię stać, Już czas Kasi Kowalskiej, Uwierzyć w siebie i parę innych pozytywnych utworów. Przejrzałam obecne piosenki na laptopie i telefonie. My Funeral, Hate me, Autoagresja, Autodestrukcja, Nienawidzę siebie, Paper Bag... Kurwa, co się ze mną stało?

Współlokatorka miała dzisiaj obronę. Dostała 5 za egzamin dyplomowy, 5 za pracę licencjacką i 5 za coś tam. Cieszę się, że ona się cieszy. Z drugiej strony (mino, że jeszcze nie podeszłam do obrony, baa, nawet nie przerobiłam 1/3 zagadnień) już wiem jaka jestem beznadziejna i cholernie (nie)ambitna. W sobotę w nocy wysłałam pracę recenzentowi. Do druku miała inny układ, więc zmieniałam marginesy, poprzesuwałam pojedyncze litery z końców zdań, wydawało mi się, że poprawiłam wszystko. Dzisiaj przejrzałam jeszcze raz. Porozjeżdżała się. W niektórych linijkach są tylko 2 wyrazy, reszta część zdania jest w następnej. No kurwa. Wygląd pracy też jest brany pod uwagę... 
Liczę, na to, że recenzent (wydawać by się mogło bardzo w porządku gość) nie zauważy (o ile w ogóle tego można nie zauważyć...) albo pomyśli, że po prostu u niego coś się rozwaliło albo chociaż uzna, że człowiekiem jestem, mogłam się pomylić i nie wyciągnie większych konsekwencji w postaci dużo niższej oceny...
Promotor w ogóle się na niczym nie zna, niczego nie wie, prac nie czytał, recenzenta zresztą też sami sobie załatwiliśmy, więc trochę boję się o treść, możliwe błędy...
I mimo wszystko już wiem i sobie wmówiłam, że nie będę miała takiej oceny, jaką chciałabym mieć i nie dostanę się nigdzie indziej na studia, bo dzięki mojej wrodzonej beznadziei przecież średnią, ocenami i inteligencją nie powalam.

Rodzice obiecali odebrać mnie ze stancji. Dobra, to ja kazałam po siebie przyjechać. Po zeszłorocznym targaniu na plecach kilkumiesięcznego życia powiedziałam: nigdy więcej. Zgodzili się. Do końca tygodnia zostało 6 dni, więc dzwonię do mamy żeby zorientować się kiedy, kto i jak. Pomijając to, że dwa razy nie odebrała i oddzwoniła dopiero gdy napisałam smsa do siostry, zaczęła się tłumaczyć, że nie wie czy przyjadą, nie wie kto (bo przecież ojciec wybitny kierowca nie umie po mieście jeździć) i w ogóle najlepiej żebym sobie sama poradziła...
To nic, że w zeszłą niedzielę zapewniała, że przyjedzie po mnie z kuzynem, żeby chociaż zobaczyć gdzie mieszkałam.
Czuję się olana.

Godzinę temu napisała znajoma... Pyta się "jak tam?" Co ja mam jej odpisać..?
Poza tym, że nie mogę znaleźć ulubionego spinacza do haratania skóry, wszystko ok..?



środa, 20 czerwca 2012

Ciężki czas. Zaliczenia, egzaminy, sesja, pisanie licencjatu za mną. W poniedziałek promotor podpisał stronę tytułową i praca poszła do plagiatu. Do tej pory nikt się do nie odezwał, więc chyba jest ok.
3 lipca obrona. Teraz tylko muszę ogarnąć zgoła 75 pytań...
Dostałam propozycję wyjazdu jako opiekun na koloniach. Niestety termin pokrył się z dniem obrony, więc z dodatkowej kasy i nowego doświadczenia nici.
W sobotę spotkałam się z niesamowitymi osobami. Były obce i dalekie a jednocześnie tak bliskie. Nie musiałam nic ukrywać, mogłam być po prostu sobą. Żałuję, że na co dzień nie mam nikogo takiego obok siebie.

Mam jeszcze tyle rzeczy do napisania...

Ale nie teraz.

Dobranoc.