Aaaaaaaaaaaaaaaa chcę wypruć sobie flaki, żołądek, wyciąć tłuszcz..! - przywaliła ręką w kant biurka - podrap, natnij mówi Głos - bierze długopis, marze po ręce... jedna linia, dwie, trzy, po chwili cała ręka wygląda niczym abstrakcyjny obraz... - idzie do łazienki, zaczyna zmywać różowe bohomazy.
Ten sam schemat. Dom, jedzenie, dużo jedzenia, mnóstwo jedzenia... Batony, cukierki, świeże pieczywo, bułki maślane, ryż z warzywami, płatki (plask, uderzyła pięścią w twarz)... Znowu nie pójdzie biegać... Bo niby jak? Brzuch musiałaby chyba ciągnąć po ziemi. Znajoma wrzuciła z nią na fb zdjęcie z Juwenaliów. Nogi... tłuste nogi... Krzywy, śmiejący się ryj.
No kurwa. Lepszego, takiego bez niej nie było?
sobota, 26 maja 2012
poniedziałek, 14 maja 2012
Ktoś poprawił mi humor i przypomniał sytuację z zeszłego tygodnia, którą z uwagi na pewne względy warto zapisać.
Któregoś wieczoru wracałyśmy z współlokatorką z biegania, jakieś dzieciaki siedziały na murku w krzakach i w głębi duszy czułam, że coś kombinują, ale na drugą stronę chodnika nie zeszłam. W pewnym momencie usłyszałam odliczanie... raz... dwa.. trzy... pac. Dostałam gałęzią po głowie, więc nie myśląc wykrzyczałam parę niecenzuralnych słów, dosadziłam do murka i inną gówniarzowi przywaliłam w łeb [taaaki ze mnie pedagog...] obrywając przy tym jeszcze kilka ciosów.
Współlokatorkę zamurowało... Wszyscy ludzie na ulicy automatycznie głowy w naszą stronę...
Cała sytuacja zaszła kilka metrów od stancji i ledwo zdążyłam rzucić kija a z drzwi wyszła przełożona.. Ufff.. bo bym na grochu w kaplicy klęczała..
Współlokatorka zdarzenie skomentowała jednym zdaniem: do pracy z dziećmi się nie nadajesz.
Jest mi cholerniee wstyd...
Ale to nie ja, to PMS.
Któregoś wieczoru wracałyśmy z współlokatorką z biegania, jakieś dzieciaki siedziały na murku w krzakach i w głębi duszy czułam, że coś kombinują, ale na drugą stronę chodnika nie zeszłam. W pewnym momencie usłyszałam odliczanie... raz... dwa.. trzy... pac. Dostałam gałęzią po głowie, więc nie myśląc wykrzyczałam parę niecenzuralnych słów, dosadziłam do murka i inną gówniarzowi przywaliłam w łeb [taaaki ze mnie pedagog...] obrywając przy tym jeszcze kilka ciosów.
Współlokatorkę zamurowało... Wszyscy ludzie na ulicy automatycznie głowy w naszą stronę...
Cała sytuacja zaszła kilka metrów od stancji i ledwo zdążyłam rzucić kija a z drzwi wyszła przełożona.. Ufff.. bo bym na grochu w kaplicy klęczała..
Współlokatorka zdarzenie skomentowała jednym zdaniem: do pracy z dziećmi się nie nadajesz.
Jest mi cholerniee wstyd...
Ale to nie ja, to PMS.
Upadam, wciąż upadam i długo lecę w dół...
Pamiętasz? Jakiś czas temu spytałaś czy wiem, że marnuję sobie życie.
Wtedy nie odpowiedziałam.
Teraz, po wpierdoleniu paczki cukierków, rycząc i wycierając cieknącą z ranienia krew, wiem, że miałaś rację.
Wtedy nie odpowiedziałam.
Teraz, po wpierdoleniu paczki cukierków, rycząc i wycierając cieknącą z ranienia krew, wiem, że miałaś rację.
sobota, 12 maja 2012
wtorek, 1 maja 2012
Ustawiłam nową tapetę. Przez prawie rok gapienia się w mroczny monitor stwierdziłam, że czas na zmianę. Teraz włączam laptopa i pojawiają się motywujące do życia hasła. Milej, prawda?
Współlokatorka zaprosiła mnie na urodziny. Odmówiłam. Pierwsza rzecz, żeby do niej dojechać musiałabym przesiadać się 3 razy. Po drugie, i tak nie stać mnie na prezent a nawet jakby było mnie stać to nie wiedziałabym co jej kupić. Po trzecie, chcę pobyć trochę w domu a tak musiałabym zbierać się już w środę. Po czwarte, żarcie, żarcie, żarcie... Co najprawdopodobniej nie do końca ominę, bo stwierdziła, że skoro tak, to po długim weekendzie przywiezie coś dobrego i któregoś wieczora sobie usiądziemy... Ach, co za przyjemność...
W każdym bądź razie wykręciłam się wyjazdem do znajomej i imienino-urodzinami ciotki. Dobra, półprawda. Wyjazd wcale nie jest pewny, a na imprezę ciotki jadą tylko rodzice.
Jestem złym człowiekiem... -.-' A propo...
Byłam w niedzielę w Kościele. W pewnym momencie zaczęłam zastanawiać się nad moimi grzechami i nad tym jakie duuuże oczy zrobiłby mój proboszcz gdybym przystąpiła do spowiedzi.
- Niech będzie pochwalony.
+ Na wieki wieków.
- Nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam u spowiedzi... Nie wiem czy oczekuję pokuty i chyba bardziej potrzebuję się po prostu wygadać i rozwiać pewne wątpliwości. Ale do rzeczy. Cięłam się, głodziłam, obżerałam, nienawidziłam, snułam samobójcze plany. Nie wiem czy wierzę w Boga, nie wiem czy on istnieje. Nie czuję potrzeby chodzenia do Kościoła. Nie modlę się. Nie widzę sensu w bezsensownym klepaniu regułek. Odczuwam w tym miejscu pustkę. Wiara, religia to wszystko jest dla mnie mało racjonalne, nie mówiąc o tym, że niektóre rzeczy uważam za co najmniej śmieszne i zgoła nie mające sensu. To, że kiedy się jeszcze modliłam prosiłam o śmierć dla ojca też chyba jest grzechem... Nałogowo i z pełną świadomością opuszczam msze święte i inne zakonne spotkania. Zdarza się przekląć, skłamać, pokłócić z kimś czy powiedzieć o parę słów za dużo. Być może czasem za szybko mówię i za wolno myślę. Hm... Więcej grzechów nie pamiętam...?
Współlokatorka zaprosiła mnie na urodziny. Odmówiłam. Pierwsza rzecz, żeby do niej dojechać musiałabym przesiadać się 3 razy. Po drugie, i tak nie stać mnie na prezent a nawet jakby było mnie stać to nie wiedziałabym co jej kupić. Po trzecie, chcę pobyć trochę w domu a tak musiałabym zbierać się już w środę. Po czwarte, żarcie, żarcie, żarcie... Co najprawdopodobniej nie do końca ominę, bo stwierdziła, że skoro tak, to po długim weekendzie przywiezie coś dobrego i któregoś wieczora sobie usiądziemy... Ach, co za przyjemność...
W każdym bądź razie wykręciłam się wyjazdem do znajomej i imienino-urodzinami ciotki. Dobra, półprawda. Wyjazd wcale nie jest pewny, a na imprezę ciotki jadą tylko rodzice.
Jestem złym człowiekiem... -.-' A propo...
Byłam w niedzielę w Kościele. W pewnym momencie zaczęłam zastanawiać się nad moimi grzechami i nad tym jakie duuuże oczy zrobiłby mój proboszcz gdybym przystąpiła do spowiedzi.
- Niech będzie pochwalony.
+ Na wieki wieków.
- Nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam u spowiedzi... Nie wiem czy oczekuję pokuty i chyba bardziej potrzebuję się po prostu wygadać i rozwiać pewne wątpliwości. Ale do rzeczy. Cięłam się, głodziłam, obżerałam, nienawidziłam, snułam samobójcze plany. Nie wiem czy wierzę w Boga, nie wiem czy on istnieje. Nie czuję potrzeby chodzenia do Kościoła. Nie modlę się. Nie widzę sensu w bezsensownym klepaniu regułek. Odczuwam w tym miejscu pustkę. Wiara, religia to wszystko jest dla mnie mało racjonalne, nie mówiąc o tym, że niektóre rzeczy uważam za co najmniej śmieszne i zgoła nie mające sensu. To, że kiedy się jeszcze modliłam prosiłam o śmierć dla ojca też chyba jest grzechem... Nałogowo i z pełną świadomością opuszczam msze święte i inne zakonne spotkania. Zdarza się przekląć, skłamać, pokłócić z kimś czy powiedzieć o parę słów za dużo. Być może czasem za szybko mówię i za wolno myślę. Hm... Więcej grzechów nie pamiętam...?
Subskrybuj:
Posty (Atom)


