Kolejne kilka dni w domu...
Znowu ryczę, znowu bawię się ostrymi przedmiotami.
Sukinsyn Ojciec wrócił ze szpitala.
Nic się nie zmieniło.
Nie wiem czy go nie doleczyli, nie wiem czy popija.
Tak czy inaczej chciałabym żeby zdechł.
Nie mogę się nawet wygadać.
Mama zawsze mówi, że ją obwiniam, że skoro nie umiem zaakceptować choroby to nie nadaję się do zawodu... Ale kurwa jego mać, naprawdę umiem, mogę, potrafię, jestem w stanie.
Wszyscy - tylko nie on.
Siostra trzasnęła drzwiami. Zapewne jest w podobnym nastroju.
Różnica między nami polega na tym, że ja nad sobą panuję (a przynajmniej staram się), nie okazuje publicznie (ekhm..) wściekłości, frustracji, tego jak mi cholernie źle.
Tylko czasami, po prostu nie wytrzymuję.
Był G. Pytał o co chodzi. Mogłam powiedzieć. Nie chciałam.
To nad czym teraz ryczysz Bohaterko od 7 boleści...?
Boisz się, że ludzie ocenią Cię przez pryzmat ojca, stwierdzą "jesteś identyczna" albo potraktują jak ofiarę losu...?
Może to kwestia braku zaufania...?
Nie wiem...
Ja po prostu chciałabym żeby ktoś przytulił.
*przytula*
OdpowiedzUsuńWybacz że wirtualnie.
Dziękuję.
OdpowiedzUsuńŚmierć, weź mnie ze sobą...